30 Days of Night (2007)
Tytuł: 30 Days of Night (30 Dni Mroku)
Produkcja: USA, 2007 r.
Reżyser: David Slade
W głównych rolach: Josh Hartnett, Melissa George, Ben Foster
Miasteczko Barrow, ostatni zachód słońca dzieli mieszkańców od „trzydziestodniowej nocy”, a ci którzy nie wytrzymują tak długiego okresu bez słońca wyjeżdżają z miasta. Jak się okaże, to będzie najlepsza decyzja jaką podjęli w swoim życiu. W krótkim odstępie czasu w miasteczku dochodzi do dziwnych aktów wandalizmu, ponadto w mieście zjawia się nieznajomy znikąd, który obwieszcza, że nie ma ucieczki przed… Kiedy w mieście gasną światła, a szeryf Eben Oleson odnajduje zmasakrowane zwłoki pracownika elektrowni, zaczyna się rzeź.

Film w znacznym stopniu różni się od komiksowego pierwowzoru autorstwa Steve’a Nilesa i Bena Templesmitha. Przede wszystkim tempo akcji jest dużo wolniejsze. Zostały też wprowadzone nowe postacie drugoplanowe, co jest całkiem zrozumiałe i wychodzi filmowi na dobre. Filmowcy stwierdzili też, że Eben Oleson i jego żona Stella znajdują się w separacji.

30 Dni Mroku ogląda się w niezwykłym napięciu do momentu wspaniałego ujęcia z lotu ptaka, przedstawiającego rozpaczliwą walkę mieszkańców Barrow o przeżycie. Do tej sceny film buduje powoli, ale sukcesywnie napięcie i śmiało można się bać. W dalszej części filmu mamy już czysty schemat przypominający slashera. Kto z ocalałych zginie pierwszy, kto przeżyje, a kto zamieni się we wroga? W tym momencie film traci tempo. Przede wszystkim winna jest temu sytuacja bohaterów, którzy ukrywać muszą się przez cały miesiąc, więc siłą rzeczy jesteśmy zmuszeni oglądać przeskoki czasowe. Wszystko to sprawia, że rozwój akcji nie jest zbyt logiczny. Mimo że mieszkańcy powinni się ukrywać, bo tak jest najbezpieczniej, to w sobie tylko wiadomych celach zaczynają przemieszczać się z budynku do budynku, co doprowadza do kolejnych konfrontacji, efektownych starć z wrogiem, a co za tym idzie – ubytku towarzyszy zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie.

Szkoda, że twórcy filmu nie zdecydowali się na umieszczenie akcji np. w jednym pomieszczeniu i niespecjalnie skupiali się na pokazywaniu wzajemnych relacji ocalałych mieszkańców oraz ich uczuć – strachu, żalu, zdenerwowania, a także nadziei i zwątpienia. Tego w filmie jest bardzo mało. Reżyser David Slade wolał (a także pewnie wytwórnia) skupić się na pojedynkach ludzi z wampirami. Owe pojedynki zresztą są bardzo efektowne, dynamiczne i krwawe. W niektórych momentach wręcz poetycko krwawe. Nie można im niczego zarzucić. Uczciwie też należy przyznać, że w filmie są bardzo dobre efekty specjalne. Wampiry wyglądają pięknie, wręcz niezwykle naturalnie, a ludzkie ciała cudownie się „rozdrabniają”. Bardzo wiernie oddana została kolorystyka komiksu, paleta zimnych barw jest idealnym odzwierciedleniem plansz komiksowych.

Aktorstwo stoi na całkiem przyzwoitym poziome, szczególnie główni bohaterowie grani przez Josha Hartnetta i Melissę George wypadają niezwykle przekonująco. Ich małżeńskie problemy w czasie walki o przeżycie zostały bardzo dobrze poprowadzone i uczyniły głównych bohaterów bardzo ludzkimi, dzięki czemu widz ma się z kim utożsamić. Zresztą miłość jaka łączy Ebena i Stellę wspaniale kontrastuje z wampiryczną rzezią i jest głównym motorem napędowym filmu. Za to ciężko jest powiedzieć coś o aktorach grających wampiry. Ci po prostu nie mieli pola do popisu. Uniemożliwili im to scenarzyści filmu, którzy całkowicie zniszczyli mitologię wampirów przedstawionych w komiksie. W filmie wampiry to bestie porozumiewające się wyciem i warknięciami. Niejako zostały one sprowadzone do głupich drapieżników, niemalże zwierząt. Niemalże, ponieważ te „bestie” świetnie zastawiają pułapki, znają specyfikę miejsca jakim jest Barrow i jakoś do niego dotarły. Dziwne jak na istoty, które nie potrafią mówić…

Niestety ostatnia scena filmu, w której państwo Oleson oglądają wschód słońca została bardzo źle nakręcona. Niepotrzebnie została pokazana twarz Ebena, która powoli zamienia się w popiół i ulatuje na wietrze. Twórcy woleli postawić na efektowność, sprawiając, że cały dramatyzm tej naprawdę wzruszającej sceny uleciał wraz z popieloną twarzą Ebena. Takie rzeczy powinno się kręcić z wyczuciem. Wystarczyłby wschód słońca, plecy bohaterów i gdzieś tam powoli rozpraszające się ciało męża Stelli.

Mimo niektórych wad warto obejrzeć 30 Days of Night. Można się przestraszyć, zobaczyć całkowicie nowy design wampirów i dowiedzieć, że istnieje gdzieś takie miasteczko jak Barrow, najdalej wysunięte na północ miasto USA.






Dawid „Havok” Śmigielski







