Supergirl (1984)
Tytuł: Supergirl
Produkcja: USA, 1984 r.
Reżyser: Jeannot Szwarc
W głównych rolach: Helen Slater, Faye Dunaway, Peter O’Toole
Bez wątpienia Supergirl to film wykorzystujący falę popularności, jaką zdobyła kinowa wersja Supermana. Powstał w 1984 roku, a więc widzowie poznali już trzy obrazy z przygodami „Człowieka ze Stali”. Pytanie tylko, na co liczyli twórcy tego filmu? Na hit kinowy, czy na podtrzymanie popularności ostatniego syna Kryptonu?

Supergirl ma bardzo dobrą obsadę. W roli głównej niedoświadczona jeszcze Helen Slater, ale już jej przeciwniczka Selena grana jest przez Faye Dynaway. Poza tym w rolach drugoplanowych możemy zobaczyć Petera O’Toole’a jako Zaltara – mentora Kary/ Supergirl, a także Mię Farrow, która gra Alure, pomocnicę Seleny. Do aktorstwa nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Helen Slater bardzo zagrała bardzo przekonywająco, z lekka naiwną i niewtajemniczoną w ludzkie zwyczaje postać. Najlepiej wypada krytykowany Peter O’Toole. Mimo, że jego występ jest krótki, to oddaje on cały dramatyzm postaci Zaltara. Staje się też takim dobrym duchem Kary, jakim był Obi Wan Kenobi dla Luke’a Skywalkera. Swoją rolą bawi się Faye Dunaway, która stopniowo poddaje metamorfozie Selene – z początkującej czarownicy do demonicznej wiedźmy.
Fabuła opiera się na poszukiwaniach źródła mocy rodzinnego miasta Kary – Argo City – Omegahedronu, które przez nieszczęśliwy wypadek trafia na Ziemię. Kara przybywa na naszą planetę i przyjmuje tożsamość Lindy Lee, kuzynki Clarka Kenta. W między czasie staje się Supergirl i rusza na poszukiwania Omegahedron. Jeżeli go nie znajdzie, Argo City czeka zagłada. Poza tym takie źródło mocy znajdujące się w nieodpowiednich rękach na Ziemi, może przynieść wiele złego dla jej mieszkańców.

Mimo że w filmie nie pojawia się Superman, często się o nim wspomina, ponadto występują tu tak ważne postacie dla świata Supermana, jak: Jimmy Olsen i Lucy Lane, siostra Lois. Trzeba przyznać, że to bardzo dobry zabieg scenarzystów, którzy zacieśniają więzy między różnymi postaciami i filmami, tworząc zwarte uniwersum.
Efekty specjalne jak na tamte lata nie należą do najgorszych, może nie jest to poziom Gwiezdnych Wojen, ale jest kilka scen cieszących oko, a przynajmniej nie rażących, tak jak to często dzieje się we współczesnych nam produkcjach. Na szczęście reżyser Jeannot Szwarc nie oparł filmu na ciągłej akcji, wtedy pewnie efekty wypadłyby dużo gorzej. Za to nie brakuje tu ludzkich uczuć i komicznych fragmentów spowodowanych brakiem znajomości zwyczajów ziemskiego społeczeństwa przez Karę. Warstwa muzyczna, jak to przystało na adaptacje komiksów DC, jest na wysokim poziomie. Muzyka Jerry’ego Goldsmitha bardzo dobrze podkreśla nastroje panujące na ekranie i jednocześnie jest z lekka patetyczna, co idealnie pasuje do postaci z czerwoną peleryną i literką „S” na piersi.

Mimo upływu 26 lat film powinien spodobać się przede wszystkim tym, którzy lubią uniwersum Supermana. Można odnaleźć w nim wiele ciekawych smaczków ze świata komiksów DC. Warto obejrzeć Supergirl, ponieważ jest to film będący dużo lepszą ekranizacją komiksu, niż niejedna nam współczesna superprodukcja komiksowa, oparta na ciągłej akcji i efektach specjalnych, bez pomysłu na scenariusz. Supergirl to taki lekki i przyjemny film, wykorzystujący, a zarazem podtrzymujący popularność Supermana. Oglądając go należy pamiętać ile minęło czasu od jego powstania. Warto też zwrócić uwagę, że jest to niejako pierwszy spin-off ekranizacji komiksowej. Występujący tu Marc McClure (Jimmy Olsen, zagrał tę samą postać we wszystkich filmowych odsłonach Człowieka ze Stali. Być może w przyszłości Superman i Supergirl pojawią się razem na ekranie w jednej produkcji.






Dawid “Havok” Śmigielski







