Serial: The Walking DeadSezon: 2
Odcinek: 2×04
Tytuł: Cherokee Rose
Data emisji USA: 6 listopada 2011
Stacja TV: AMC
Scenariusz: Evan Reilly
Reżyseria: Billy Gierhart
Cherokee Rose
Coraz słabiej w drugim sezonie The Walking Dead – w poprzednim odcinku mieliśmy chociaż mocne uderzenie w postaci Shane’a i jego decyzji o zabiciu Otisa. Teraz nie dzieje się praktycznie nic. No może z wyjątkowego niepokazanego seksu w aptece.
Wydawałoby się, że pierwsze skrzypce w Cherokee Rose grać będą reperkusje działań Shane’a zaprezentowanych w poprzednim odcinku, ale kończy się właściwie na pogrzebie Otisa (zresztą zupełnie obdartego z jakichkolwiek emocji). Natomiast sam Shane nie sprawia wrażenia targanego poczuciem dokonania okropnej rzeczy. Może to dlatego, że praktycznie od początku sprawiał wrażenie mocno odjechanego? Ale to i tak nic w porównaniu do zachowania Ricka – świat się wali, a on się martwi, że okłamał ledwo przytomnego Carla. Nie mamy większych zmartwień?
Jak zwykle właściwie nic się nie dzieje – największą kłodą rzuconą naszym ocalałym w Cherokee Rose jest zombiak w studni. Bohaterowie biegają, myślą i w końcu przychodzi im do głowy, że przecież mogą wrzucić do środka Glenna, który jakoś sobie poradzi i wyciągnie naszego milusińskiego. I tak się dzieje, chociaż oczywiście cała sytuacja w pewnym momencie mocno się komplikuje, a Glenn w magiczny sposób radzi sobie z zombiakiem. Ale też dziwnym trafem wypadło to w miarę emocjonalnie.
W ogóle można powiedzieć, że Glenn był bohaterem tego epizodu – chyba nawet szybciej niż w komiksach dochodzi do zbliżenia pomiędzy nim a Maggie. Niemal od początku odcinka obserwujemy dziwne interakcje pomiędzy nimi, a kulminacją tego jest scenka w aptece. Nie wiem czy takie było założenie twórców, ale mnie ten fragment po prostu rozbawił. I nie wiem teraz czy seks w trudnych czasach to miał być element rozładowujący u widzów napięcie, czy jednak ukazanie kolejnego dramatycznego aspektu apokalipsy zombie.
Daryl samotny myśliwy w drugim sezonie stał się najwyraźniej maskotką twórców i bohaterów, bo udziela wszystkim dobrych rad i stara się jak może, aby odnaleźć Sophię. Podejrzewam, że tylko do czasu aż odnajdzie swojego brata, a drugie dno z nadzieją to średnie tłumaczenie. Na szczęście nie wszyscy są tacy milusińscy (i nie, nie mówię o fajnym nowym zombiaku) – podoba mi się, że Hershel nie jest typowym starym dziadziunią-przyjemniaczkiem na jakiego się zapowiadał, ale trochę takim zimnym draniem jak w komiksach. Człowiekiem, który ma swoje poglądy i na pierwszym miejscu stawia własną rodzinę. Dlatego duży plus za jego rozmowy z Rickiem.
Podejrzewam, że jakby wyciąć fragment z apteki, to właściwie widz mógłby pominąć ten odcinek, a i tak podchodziłby do kolejnego z niemalże pełną wiedzą. Może jedynie tutaj ważne było zakończenie, sugerujące temat podjęty w finale pierwszego sezonu i doskonale znany fanom komiksu. Ale na razie jest dramat. Przynajmniej jeśli chodzi o poziom i emocje The Walking Dead.






Rządkowski Marcin









