Green Lantern (2011) #2

Tytuł: Green Lantern (Green Lantern 3D)
Produkcja: USA, 2011
Reżyser: Martin Campbell
W głównych rolach: Ryan Reynolds, Blake Lively, Peter Sarsgaard, Mark Strong

Marne recenzje, zawód fanbojów, przymusowe 3D, ale serce geeka nie sługa i na seans kinowy trzeba było się wybrać. Najnowsza produkcja DC/WB miała spory potencjał – z tego co mi było dane poznać komiksowe przygody Hala Jordana i innych członków Korpusu miewają lepsze i gorsze momenty, ale jednak coś sobą reprezentują. Do tego błogosławieństwo najważniejszych osób w Warner Bros. i deszcz pieniędzy, a także Martin Campbell na stołku reżyserskim, człowiek odpowiedzialny za jeden z moich ulubionych filmów, czyli Casino Royale.


Jeszcze przed pierwszym klapsem na planie Green Lantern fani psioczyli na wybór Ryana Reynoldsa do roli Hala Jordana. Ich obawy były częściowo uzasadnione, bo jednak jest to aktor kojarzony głównie z głupimi komediami i według nieprzeprowadzonych badań specjalista od zaciągania kobiet przed kinowe ekrany. Ale mimo częściowo drewnianej prezencji i przeszarżowania z wizytami w solarium Reynolds okazuje się jednym z jaśniejszych punktów kinowego Green Lantern. Jest odrobinę arogancki i śmieszno-głupawy, czyli taki jaki powinien być Hal na początku swojej drogi. Brakuje mu natomiast charyzmy, a poza tym ta postać w scenariuszu najwyraźniej tak słabo została napisana i pewnie najlepsi aktorzy świata zbyt wiele by z tego nie wycisnęli. Hal jest nieodpowiedzialny bo zniszczył samolot, ale tak naprawdę nie wiąże się to z żadnymi konsekwencjami, oprócz tego, że kilka osób przez chwilę jest na niego złych. Przydałoby się bardziej sięgnąć do genezy postaci i uwypuklić to co zostało tylko wspomniane, czyli np. wypadek samochodowy. Jeszcze bardziej irytujące może być to, że przez cały film katowani jesteśmy spowiedzią Hala, jak to on się nie boi. Ale po seansie nie mam pojęcia czego on się tak właściwie bał, bo jego życiowa mądrość o akceptacji własnego strachu została zaprezentowana w słowach, a nie czynach.


Hal Jordan w filmie zostaje intergalaktycznym policjantem, kiedy ginie najzacniejszy z członków Korpusu Zielonej Latarni – Abin Sur. Dotychczas był on jedynym, który był w stanie przeciwstawić się ucieleśnieniu strachu – Parallaxowi. Głównemu bohaterowi początkowo wydaje się, że nie jest w stanie podołać zadaniu, które przed nim postawiono, ale jak to się wszystko zakończy łatwo przewidzieć. Ryan Reynolds w wywiadach porównywał Green Lantern nawet do Star Wars, ale było to tylko jego czcze życzenie i próba wywarcia jak największego zainteresowania filmem, który miał być epicki, a sprawia wrażenie jakby wydarzenia w nim następujące dotyczyły kilku osób i miejsc, podczas gdy powinniśmy odczuć to w stopniu globalnym. Wystarczy przyjrzeć się bliżej lokacjom, w których rozgrywa się większa część filmu – puste mieszkanie Hala, sprawiające wrażenie opuszczonych hangary Ferris, rządowe laboratorium w którym zjawiają się Hector Hammond, Amanda Waller i od czasu do czasu jakiś ochroniarz albo senator, czy w końcu opustoszałe Oa. Z rzadka mamy do czynienia ze scenami jak ta, w której Sinestro przemawia do setek Green Lanternów. Odniosłem nawet wrażenie, że twórcy filmu zamknęli się w tych mało epickich lokacjach jak Reynoldsa w trumnie w Buried.


Porównanie do Star Wars może nie byłoby w aż tak dużym stopniu wzięte z dupy, gdyby nie fakt, że zapowiadanej równowagi pomiędzy akcją w kosmosie a na Ziemi nie ma. Na Oa i jego okolicach jesteśmy może kilkanaście minut, ale jest to akurat dobra wiadomość, bo ich jakość woła o pomstę do nieba. Sam design planety nie jest zły, na grafikach koncepcyjnych prezentowała się ona całkiem nieźle, ale posłużenie się jedynie CGI do jej przedstawienia było błędem – kosmos nie kosmos, ale fajnie byłoby, gdyby dało się uwierzyć w to, że taka planeta istnieje, a tutaj na to nie mamy co liczyć. Zwłaszcza że efekty do najlepszych nie należą (trudno powiedzieć na co zostało wydanych tych kilkadziesiąt milionów dolarów przeznaczonych na stworzenie Oa, kosmitów, itd.) i walą sztucznością na kilometr. Na tym tle wybija się Sinestro, ale w jego przypadku zastosowano praktyczną charakteryzację, a do tego zagrał go jak zwykle rewelacyjny Mark Strong. Jedyną skazą na postaci Sinestro wydaje się być jej “bezużyteczność”, czego kwintesencję mamy w finale, gdy pojawia się w momencie, kiedy wszystko jest już pozamiatane.


Jednym z podstawowych elementów gatunku superhero są czarne charaktery. Te w Green Lantern zawiodły na całej linii. Wątek Hectora Hammonda zaczyna się jeszcze nieźle, kiedy obserwujemy jego origin na przemian z genezą Hala Jordana, podobnie jak to miało miejsce w Spider-Manie w przypadku Petera Parkera i Normana Osborna. Postać Hammonda nawet została zarysowana jako takie przeciwieństwo Hala Jordana – wkurzający typek, którego nikt nie lubi i jak można zgadywać, mało rozrywkowy. Z czasem jednak jego motywacje zupełnie znikają, a my nie wiemy czego on tak naprawdę chce. Bo chyba nie oszpecenia Carol Ferris? Jeszcze gorzej wypada Parallax, czyli wielka chmura z jajogłową (nikt się nie nauczył po Galactusie i Fantastic Four 2?), przywołująca raczej uczucia zażenowania i śmiechu, a nie strachu. Coś takiego zupełnie nie pasuje do filmu, który chciałby być traktowany poważnie. Nie ma również co się zasłaniać spoilerami, tylko kawa na ławę – finał jest krótki i totalnie spartolony. Nagle okazuje się, że Hal Jordan jest najsprytniejszą istotą we wszechświecie (chociaż nikt nie powinien podejrzewać go o wielką inteligencję) i jako jedyny jest w stanie pokonać Parallaxa, już bez siły woli czy przezwyciężenia własnego strachu, ale zwyczajnie przechytrzając swojego przeciwnika i sprowadzając na słońce, co prowadzi do jego unicestwienia. Wcześniej choćby taki Sinestro z kompanami nie byli w stanie kiwnąć palcem w walce z Parallaxem.


Co jeszcze mamy w filmie? Kilka, a może nawet kilkanaście zbędnych scen jak ta z Halem i jego bratankiem. Trening polegający na kilku radach od kolegów po fachu i skopaniu tyłka Jordanowi, choć nie wiem czy w ten sposób główny bohater byłby w stanie nauczyć się czegokolwiek. Naprawdę ładnie wyglądającą Blake Lively jako Carol Ferris, a także dziwaczne kostrukcje Hala Jordana – przykładowo, kiedy ograniczeniem jest tylko wyobraźnia, tworzy on za sprawą swojego pierścienia niepełny tor wyścigowy, aby zahamować upadek helikoptera i zapobiec śmierci niewinnych osób. Jest też łopatologiczny wstęp mający za zadanie wprowadzić widzów do uniwersum Green Lantern, ale właściwie nic nie wyjaśnia (wprowadzony chyba tylko po to, aby Geoffrey Rush mógł przeczytać kilka zdań więcej). Tak jak bezpłciowa jest muzyka Jamesa Newtona Howarda z pseudo-techniawą w scenach podróży kosmicznej Hala, kiedy przydałoby się trochę spokojniejszej nuty.


Szkoda, że wyszło jak wyszło, bo był potencjał na efektowny, rozrywkowy film, a teraz w dodatku WB już nie będzie tak hojnie inwestować w bohaterów uniwersum DC Comics (za wyjątkiem Batmana czy Supermana). Ale też zawsze można upaść niżej – Green Lantern to nie Jonah Hex czy Catwoman. Zawsze to jakiś plus.

★★☆☆☆☆

Rządkowski Marcin


  • Facebook
  • Blip
  • Gadu Gadu
  • Grono
  • Wykop.pl
  • Nasza Klasa
  • Twitter
  • My Space
  • Del.ici.ous

1 Komentarz

  1. Mr. ??

    Filmu jeszcze nie widziałem, z opisów odnoszę jednak wrażenie że Parallax w tym filmie nie potrzebny i został wrzucony do niego na siłę.

Odpowiedz

Załóż konto, żeby nie podawać swoich danych za każdym razem. Zalogowani użytkownicy nie muszą też czekać na akceptację komentarza przez moderatora.