Scott Pilgrim vs. the World pod lupą

Strony: 1 2 3

Scott Pilgrim vs. the World to film, w którym mogą zakochać się nie tylko fani komiksu Bryana Lee O’Malleya. Obraz Edgara Wrighta to także magnez m.in. na geeków gier video, zwłaszcza tych wciąż wzdychających do okresu, kiedy królowała konsola Nintendo Entertainment System. Nasza analiza została podzielona na trzy sekcje – porównanie filmu z komiksem vs nawiązania do gier video vs wszelkie inne smaczki i ciekawostki. Please Insert Coin To Continue.

FILM vs KOMIKS

Stworzenie adaptacji komiksu składającego się z sześciu opasłych tomików nie jest łatwym zadaniem. Film nie może trwać ośmiu godzin, więc trzeba dokonać pewnych cięć. Prace nad scenariuszem rozpoczęły się, gdy drugi tom nie był jeszcze nawet wydany, co prawdopodobnie wyjaśnia dlaczego film tak dokładnie odwzorowuje pierwszy tomik przygód Scotta Pilgrima, a później momentami znacząco od niego odbiega.

Scott Pilgrim is dating a high schooler! Początkowy dialog jest niemal identyczny w komiksie, jak i w filmie. Również elementy wizualne dokładnie nawiązują do tworu Bryana Lee O’Malleya – choćby poprzez plany. Stało się tak w dużej mierze dzięki temu, że film kręcony był w wielu miejscach, służących dla twórcy komiksu za inspirację.


W znakomitej większości boxy z “ratingami” odwzorowane są niemal słowo w słowo, ale nie zabrakło znaczących różnić – ot choćby w wieku głównego bohatera, w filmie młodszego o rok od swojego komiksowego odpowiednika.


Jednak zdecydowanie więcej mamy podobieństw aniżeli różnic, choć niektóre wydarzenia w filmie występują wcześniej niż w komiksie i na odwrót:



Momentami podobieństwa to prawdziwe szczegóły jak kotek na kubku:


Wspominałem o boxach ratingowych i dbaniu o szczegóły?



W tym momencie można byłoby właściwie klatka za klatką, panel za panelem przedstawić porównanie filmu i komiksu, jednak za najlepszy przykład posłużą lokacje, które służyły O’Malleyowi do stworzenia świata Scotta Pilgrima i z których skorzystali Edgar Wright i spółka.



W internecie można znaleźć różne rozważania na temat tego skąd pomysł na pustynię w snach Scotta Pilgrima. Szukano odniesień do gier i filmów, a tu po prostu odwzorowano komiks. Bryan Lee O’Malley natomiast też na niczym konkretnym w tym momencie się nie wzorował.


I wtedy na scenę wkracza Ramona Flowers. Warto tu na chwilę się zatrzymać i wspomnieć pewną zmianę dokonaną przez Wrighta i Michaela Baccala. Podczas imprezy u Julie, gdy Scott ma pierwszą okazję na rozmowę z Ramoną, opowiada jej dowcipną historię zatytułowania Pac-Mana. W komiksie natomiast żart dotyczył jej butów i zdaniem scenarzystów nie dało się odpowiednio przenieść na ekran dowcipu bazującego na rysunkach.





Twórcy filmu na komiksie bazowali także w przypadku walk Scotta Pilgrima – zwłaszcza pierwszej z Matthew Patelem. Co ważne, nie jest to tylko odwzorowanie oryginału dla samego odwzorowania, ale cała choreografia świetnie sprawdza się w filmie.




Na szczególne wyróżnienie zasługuje animowana sekwencja, stworzona głównie z rysunków pochodzących bezpośrednio z komiksu. W filmie jest jeszcze druga taka sekwencja, ale ona już w dużo mniejszym zakresie bazuje na rysunkach O’Malleya.


Schody zaczynają się w momencie, gdy dochodzi do wydarzeń z drugiego tomu komiksu. Brakuje już pierwszej sceny wspomnień z liceum (choć zostało to uzupełnione za sprawą Scott Pilgrim vs. the Animation). Fabularnie jest różnie, ale te najbardziej charakterystyczne wizualnie momenty zostały zaaplikowane także w filmie.



Trochę pozmieniano w walce Scotta z Lucasem Lee – w filmie rozgrywa się ona w nocy, mamy Ramonę, a Lucas jest w towarzystwie kaskaderów. Fun fact – Casa Loma służyła m.in. za plan pierwszej części X-Men Bryana Singera.



Jednak film powoli coraz bardziej odjeżdża od komiksu. Przykładem jest brak walki Knives Chau z Ramoną w bibliotece, przeniesioną w filmie na niemalże sam koniec i Chaos Theatre. Dostajemy za to pierwsze spotkanie Scotta z Roxie Richter, które w komiksie miało miejsce później.


Trzeci tom w filmie został zredukowany właściwie do koncertu Clash at Demonhead i starcia Scotta z Toddem Ingramem. Podczas gdy te sytuacje w tworze O’Malleya rozgrywają się w przeciągu kilku dni, tak w obrazie Edgara Wrighta zostały one wciśnięte w jeden wieczór i kilkanaście minut samego filmu. Tym samym nie dało się przybliżyć widzom wszelkich emocji związanych z tym jakie piętno wywołało na Pilgrimie rozstanie z Envy.


Sam pojedynek też nieco został zmieniony ze względu na zmiany fabularne, ale i tak udało się nawiązać do komiksu:




Po pokonaniu trzeciego byłego, złego chłopaka Ramony przez Scotta, akcja filmu pędzi do przodu jak oszalała – co chwilę dostajemy kolejne walki i właściwie nic ponadto. Nie ma na przykład ninja-ojca Knives Chau, a także Lisy. Również brakło ważnych momentów w życiu głównego bohatera – pracy i wspólnego zamieszkania z Ramoną. I to tylko wierzchołek góry lodowej, w końcu trzy ostatnie tomy zostały w filmie “streszczone” w trakcie 30-40 minut. Pomijamy teraz zmienione walki z Roxy (pojedynek w zupełnie innym miejscu i czasie) i bliźniakami Katayanagi (przede wszystkim Wright skorzystał ze smoków a nie robotów). Na pewno ostateczne starcie z Gideonem jest bliższe komiksowi, chociaż w tym wypadku to sam O’Malley korzystał z dorobku filmowców:



Scott Pilgrim vs. the World śmiało można nazwać ekranizacją komiksu w każdym tego słowa znaczeniu. Edgar Wright i spółka zadbali o wszystkie podstawowe założenia fabularne historii obrazkowej Bryana Lee O’Malleya, dodatkowo odzwierciedlając jego graficzną stronę z niezwykłą starannością. Choć nie wszystko udało się w filmie zawrzeć.

Czytaj dalej: 1 2 3


  • Facebook
  • Blip
  • Gadu Gadu
  • Grono
  • Wykop.pl
  • Nasza Klasa
  • Twitter
  • My Space
  • Del.ici.ous

Komentarze: 2

  1. A to nie było tak, że za każdego miał 1, 2, 3 itd… miliony oraz +1, +2… do statystyk, a nie tylko w przypadku Gideona?

    • Tylko Gideon awansował na wyższy poziom oprócz Scotta. A w przypadku punktów to się zgadza, tylko że Gideon to najjaskrawszy przykład na to.

Odpowiedz

Załóż konto, żeby nie podawać swoich danych za każdym razem. Zalogowani użytkownicy nie muszą też czekać na akceptację komentarza przez moderatora.