Scott Pilgrim vs. the World (2010) #2

Tytuł: Scott Pilgrim vs. the World (Scott Pilgrim kontra świat)
Produkcja: USA/Kanada, 2010 r.
Reżyser: Edgar Wright
W głównych rolach: Michael Cera, Mary Elizabeth Winstead, Jason Schwartzman

Szukanie analogii pomiędzy Scottem Pilgrimem a Watchmen może wydawać się głupim pomysłem, tak jak karkołomnym zadaniem jest opisanie w jednym zdaniu Scott Pilgrim vs. the World. Mnóstwo fanów smętnie ględziło, że dzieła Alana Moore’a nie da się przenieść na język kina, inni tylko zauważali, że jest to najtrudniejszy komiks do ekranizacji, ale przecież to nie jedyny taki twór komiksowy. Bo równie ciężko było opowiedzieć w tracie niespełna 2-godzinnego filmu historię Scotta Pilgrima. I oczywiście nie wszystko wyszło tak jak fani by sobie tego życzyli, ale i tak otrzymaliśmy produkcję wyjątkową i oryginalną.


Próbujemy zrelacjonować czym jest komiksowy Scott Pilgrim? Jak każde tego typu dzieło można go odbierać w sposób unikalny, ale dla mnie to przede wszystkim opowieść o relacjach międzyludzkich i dojrzewaniu emocjonalnym, okraszone muzyczno-growo-filmowo-komiksową mieszanką wybuchową. Zła wiadomość jest taka, że cała historia w filmie została bardzo mocno okrojona, aby zmieścić się w dwóch godzinach i niestety po drodze zgubiono trochę tego emocjonalnego bagażu. Choć trzeba przyznać, że Edgar Wright i Michael Bacall nie mieli łatwego zadania pisząc scenariusz w momencie, gdy do zakończenia prac nad komiksem jeszcze trochę czasu brakowało. Nie wspominając o całej rozciągłości fabuły. Od samego początku było wiadomo, że część wątków z komiksu będzie trzeba pominąć.


Widać to w scenariuszu doskonale – pierwsze 40 minuty to właściwie pierwszy tom odwzorowany idealnie. Później zaczynają się schody, bo czasu nie zostało zbyt wiele do zagospodarowania, a trzeba było przedstawić historię z pięciu pozostałych tomów. W rezultacie film zaczął sprowadzać się do walk Scotta Pilgrima z byłymi chłopakami Ramony, a cała reszta zeszła na plan drugi. Dlatego ucierpiała ewolucja osoby Scotta, którego przemiana w filmie wydaje się zbyt nagła, podczas gdy w komiksie zachodziła kilka miesięcy, w trakcie których doszło do wielu zmian w jego życiu. Szkoda również zminimalizowania roli Kim, która w oryginale odegrała właściwie kluczową rolę, a w filmie za to bardziej wyeksponowano Knives Chau. Ubytek jej ojca to natomiast takie moje osobiste żale do twórców. Również nie wszystkie zmiany okazały się strzałami w dziesiątkę – wolałbym klasyczną walkę robotów zamiast smoków w przypadku bliźniaków Katayanagi.


Wiemy jednak, że ekranizacja komiksu nie polega jedynie na dokładnym odtworzeniu paneli oryginału. Musi również być autonomicznym dziełem z własną duszą. I Scott Pilgrim vs. the World ma to coś. W dużej mierze jest to cały techniczny bagaż filmu Edgara Wrighta – fantastyczna gra obsady, wszelkie wspaniałe efekty wizualne, niemal perfekcyjna muzyka i nawiązania do popkultury, które sprawdzają się nawet lepiej niż w komiksie. Tęskniący za grami na NESa (Pegasusa) czy Super Nintendo odnajdą w tej produkcji coś magicznego. Poczynając od 8-bitowej czołówki wytwórni Universal po same walki pełne pasków energii, combosów, czy napisów K.O, choć moje ulubione elementy to level-upy Scotta.


W dodatku to tylko część elementów idealnie przeniesionych z komiksu na ekran, bo równie perfekcyjnie odwzorowano scenografię czy kostiumy. W ogóle przy preprodukcji filmu za storyboardy często odpowiadały same panele z komiksu O’Malleya, a nawet w jednym z flashbacków z fragmentu komiksu zrobiono animację. Takich nawiązań jest więcej, bo choćby choreografia walki Scotta z Matthew Patelem prezentuje się niemal identycznie jak w komiksie, a na osobną uwagę zasługują eksponowane oczy Mary Elizabeth Winstead, sprawiające wrażenie równie niesamowitych jak w tworze O’Malleya. Wszystko okraszone niezwykłym wysiłkiem ekipy i obsady, którzy dzięki całej masie praktycznych efektów stworzyli niezapomniane widowisko. Oglądając film wydaje się, że niemal w całości musiał powstać dzięki pracy komputerowców, a tymczasem po prostu tak wspaniałą pracę wykonano na planie.


Zarówno dla komiksu jak i filmu kluczowa jest muzyka. W końcu główny bohater jest gitarzystą garażowego zespołu rockowego. I piosenki Sex Bob-omb skomponowane przez Becka po prostu wymiatają. Ciągle po głowie chodzą mi We Are Sex Bob-omb, Garbage Truck, Threshold czy wreszcie Summertime. Dodać do tego trzeba oczywiście bardziej klasyczne utwory wykorzystane w filmie jak choćby Under My Thumb Rolling Stonesów, ale mnie kupiła piosenka Black Sheep zespołu Metric w wykonaniu Brie Larson i filmowej wersji The Clash at Demonhead m.in. z Brandonem Routhem na basie.


Tym samym przechodzimy do obsady, która sprawdziła się niemalże idealnie. Chris Evans jako Lucas Lee jest bliski mistrzostwa świata, potwierdzając przy tym, że nowy Kapitan Ameryka jest aktorem, który może sprawdzić się w różnych sytuacjach. Być może jeszcze lepiej zaprezentował się Kieran Culkin, kradnący każdą scenę ze swoim udziałem. Do tego dochodzą świetne kreacje Alison Pill (Kim), Marka Webbera (Stephen Stills), Anny Kendrick (Stacey), Aubrey Plaza (Julie), Brie Larson (Envy) czy Brandona Routha i Jasona Schwartzmana. W ogóle trzeba wyróżnić wszystkich odtwórców ról drugoplanowych. Gorzej przy nich wypadła dwójka głównych bohaterów – choć uczciwie trzeba przyznać, że zagrali naprawdę dobrze. Problem w tym, że Michael Cera kompletnie nie pasuje swoim “mdłym” zachowaniem do komiksowego Scotta Pilgrima. Mary Elizabeth Winstead również zabrakło w niektórych momentach żywiołowości Ramony. Rozwaliło mnie za to cameo Thomasa Jane’a i Clifton Collins, Jr., których zupełnie nie spodziewałem się w tym filmie, zwłaszcza jako wegańską policję.


Jako autonomiczna produkcja Scott Pilgrim vs. the World to dla mnie produkcja niemal idealna, wszystko prezentuje się tak jak powinno – poczynając od muzyki, wizualnej strony filmu, obsady po wszelkie nawiązania, humor i miodność, która płynie z niemalże każdego ujęcia. Pozostaje jedna kwestia tego jak oryginalny i specyficzny jest to film – nie każdy kocha Super Mario i nie każdy pokocha Scotta Pilgrima. Zwłaszcza, że film Edgara Wrighta kuleje jako ekranizacja komiksu – żeby przenieść go idealnie na wielki ekran należałoby nakręcić co najmniej 4-godzinny obraz, a tego nikt by się nie podjął. Ocena prawie maksymalna z moim osobistym wyróżnieniem dla najlepszego filmu komiksowego 2010 roku.

★★★★★☆

Rządkowski Marcin


  • Facebook
  • Blip
  • Gadu Gadu
  • Grono
  • Wykop.pl
  • Nasza Klasa
  • Twitter
  • My Space
  • Del.ici.ous

1 Komentarz

  1. Mr. ??

    Moja ocena 9/10
    Najlepsza według mnie była walka Scotta z Lucasem Lee (Chrisem Evansem) oraz Toddem (Brandonem Routhem) :) :) .

Odpowiedz

Załóż konto, żeby nie podawać swoich danych za każdym razem. Zalogowani użytkownicy nie muszą też czekać na akceptację komentarza przez moderatora.