Tytuł: The Green Hornet (Green Hornet 3D)Produkcja: USA, 2011 r.
Reżyser: Michel Gondry
W głównych rolach: Seth Rogen, Jay Chou, Cameron Diaz, Christoph Waltz
W głównej roli Seth Rogen – na pewno będzie komedia. Reżyserem Michel Gondry – będzie niekonwencjonalnie i pod pewnymi względami niecodziennie. Suprise, suprise – The Green Hornet nie do końca można nazwać komedią, a sam film tak naprawdę nie wyróżnia się niczym szczególnym, przede wszystkim brak tu cudacznych pomysłów francuskiego reżysera.
Skoro za superbohaterską produkcję bierze się aktor kojarzony z kinem komediowym, to zdawałoby się, że The Green Hornet musi śmieszyć. Dobrze, że nie zrobiono parodii kina superbohaterskiego, ale jeżeli humor w dużej mierze sprowadza się do osoby Rogena, to coś jest nie tak. Zwłaszcza że nie wszystkich śmieszy ten kanadyjski aktor i przez to można odnieść wrażenia, że jest to
film, który powinniśmy brać całkiem na serio, podczas gdy zdarzenia w trakcie filmu świadczą o czymś innym. Zdaje się, że zabrakło decyzji odnośnie do tego, czy robić luzacką komedię, czy może jednak film akcji z prawdziwego zdarzenia.
W poprzednich filmach Gondry’ego podobało mi się to, że nie wszystko było dopowiedziane, a często też zatarta była ta granica pomiędzy tym co prawdziwe, poważne, a sferą
snów, marzeń i domysłów. W Zielonym Szerszeniu natomiast wszystko musi zostać wytłumaczone – czy to “sposób patrzenia na świat” przez Kato, czy też rozwiązanie zagadki dotyczącej ojca głównego bohatera. Pod względem logiki wszystko jest ok, bo jest to fabularnie uzasadnione, ale jednak można było pozostawić pewną płaszczyznę domysłów.
Zawiodłem się również na wizualnej stronie filmu – Gondry prochu nie wymyślił i w 90% The Green Hornet wygląda jak każda inna, typowa produkcja superbohaterska. Na uwagę zasługują jedynie bijatyki, które wyglądają faktycznie nowatorsko i całkiem fajnie, ale z drugiej strony jest ich jak na lekarstwo i zwiastuny niemalże wyczerpują temat. Gondry
sięgnął również po kilka montażowych trików, ale znowu zdecydowanie za mało. Należy się również słówko o konwersji do 3D, bo chyba tylko tak ten film jest w Polsce dostępny – trójwymiarowość prezentuje się dobrze, ale tak naprawdę prawie jej się nie odczuwa i jak to zwykle w przypadku konwersji, jest po prostu zbędna. Ale kasa z biletów większa, więc po co dawać możliwość wyboru widzom.
Do pozytywów zaliczam sam pomysł na film – główny bohater odziedzicza po ojcu imperium medialne, z ważną dla mieszkańców Los Angeles gazetą na czele. Dzięki temu ma możliwość oddziaływania na otaczający go świat, bo jak wiemy media to czwarta władza w dzisiejszym świecie. W dodatku bohaterowie postanawiają udawać złych, żeby ci źli zwrócili na nich uwagę. To co serwują nam
Gondry i spółka na pierwszy rzut oka może wydawać się idiotyczne, ale zaraz zdajemy sobie sprawę, że przecież protagonista jest głupkiem i nie należy po nim oczekiwać mądrych, przemyślanych decyzji. Dlatego do pewnego momentu fabuła daje radę, niestety w końcu wszystko staje się oczywiste i robi się nudno.
Nudno robi się także dlatego, że prawdziwej akcji mamy tu jak na lekarstwo. Jest film o superbohaterach to byłoby miło, gdyby widzowie dostali od czasu do czasu okazję
zobaczyć jak Zielony Szerszeń i Kato walczą z przestępcami, a niestety w tym momencie jest zonk, bo The Green Hornet to produkcja w dużej mierze przegadana i nawet jeśli od czasu do czasu dialogi dają radę, to generalnie są momenty, kiedy można przysnąć. W pewnym momencie chyba spostrzeżono, że nie jest to jeden z najbardziej efektownych filmów w historii i postanowiono zrobić wybuchowy finał. Znowu zonk, ponieważ
jest efektownie, ale nie emocjonująco. Tynk się wali, kule przecinają powietrze, fura pędzi na pełnych obrotach, ale nic z tego nie wynika. Na koniec trochę zbyt wiele taniego efekciarstwa.
W Iron Manie sprawdziła się koncepcja polegająca na tym, aby
na pierwszym miejscu postawić interakcję pomiędzy bohaterami, a tylko z rzadka pokazać widzom jakąś efektowną scenę akcji. Jednak tam mieliśmy do czynienia z naprawdę utalentowaną obsadą, która najwyraźniej doskonale czuła się razem na planie. W The Green Hornet jest znacznie gorzej – Seth Rogen nie wszystkich przekona swoją osobą, Jay Chou fajnie się bije, ale gdy otwiera buzię jest niesamowicie sztywny, Cameron Diaz została zakontraktowana chyba tylko ze względu na nazwisko, a
Christoph Waltz najwyraźniej z dużym dystansem podszedł do swojej roli, bo jako jedyny wprowadza do filmu fajny, autoironiczny klimat.
Miło, że znalazło się miejsce na kilka mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do wcześniejszych inkarnacji Zielonego Szerszenia (plakat Lone Rangera, rysunek Bruce’a Lee w notatniku Kato, czy sama końcówka filmu + muzyka). Jednak to za mało, żeby pochwalić twórców filmu za dobrą robotę. W mojej ocenie kluczowym problemem jest nijakość obrazu Gondry’ego, która wynika z tego, że chyba nie bardzo był pomysł na to czy robić komedię, czy jednak bardziej poważny film akcji. I wyszedł z tego nie do końca strawny miks.






Rządło










Mi najbardziej szkoda 23 zł na bilet. Chcę obejrzeć film, ale nie chcę go oglądać w 3D i płacić takiej kasy. Brak wyboru, niemalże dyktatura;)