Tytuł: Superman/Batman: Public Enemies (Superman/Batman: Wrogowie publiczni)Produkcja: USA, 2009 r.
Reżyser: Sam Liu
W głównych rolach: Kevin Conroy, Tim Daly, Clancy Brown
Po Superman/Batman: Public Enemies obiecywałem sobie sporo, ale nie dlatego, że podobał mi się komiks, na podstawie którego powstała ta animacja, bo zwyczajnie w świecie go nie czytałem. Moje nadzieje wobec tego tytułu łączyły się właściwie z jego nazwą – wydawałoby się, że skoro tytuł brzmi “Wrogowie publiczni”, to tak faktycznie będzie. Niestety tytułowy wątek został bardzo spłaszczony i sytuacji nie ratuje nawet Lex Luthor jako prezydent USA.

Tak jak już we wstępie wspomniałem, najbardziej interesujący mnie wątek fabularny nie został należycie wykorzystany. Wszystko zaczyna się bardzo ładnie – kryzys ekonomiczny doprowadza do tego, że w wyborach prezydenckich zwycięża złowrogi Lex Luthor, który zresztą twierdzi, iż się zmienił. Jednak nie tylko widzowie wiedzą, że to tylko pozory – Superman i Batman również powątpiewają w nowe oblicze największego rywala Człowieka ze Stali. Jednak początkowo władza Luthora okazuje się całkiem trafionym pomysłem, ponieważ gospodarka odżywa, a wskaźnik przestępstw maleje. W tym momencie na horyzoncie pojawia się zagrożenie wobec całej ludzkości – ku Ziemi zbliża się niszczycielski kryptonitowy meteoryt, a Luthor ma wobec niego własne, niecne plany.

W pewnym momencie Luthor wykorzystuje manipulacyjny aspekt mediów i pokazuje w złym świetle Supermana, dodatkowo wmawiając ludziom, iż trochę pomieszało mu się w głowie z powodu meteorytu. Wszystko byłoby pięknie, ale właściwie mamy tylko jedną konsekwencję tego wydarzenia – kilka minut później, Superman i Batman walczą z całymi grupkami złoczyńców i bohaterów. Pojawia się ogrom znanych postaci, szkoda tylko, że zwykle pojawiają się na minutkę, może dwie i właściwie nic nie wnoszą do filmu. Wydawałoby się, że skoro mamy do czynienia z wrogami publicznymi, to rząd będzie uprzykrzał życie jak tylko się da, a i zwykli ludzie odcisnęliby własne piętno na tym wydarzeniu, a w Public Enemies aspekt bycia wrogiem publicznym oznacza jedynie starcia z kolejnymi przeciwnikami. Rozczarowujące.

Film ma też inne wady – na przykład czas trwania (aż godzina) lub kilka nielogiczności, ale mamy też pokaźną ilość zalet. Przede wszystkim podobała mi się kreska, a animacja była niezwykle płynna i dynamiczna przez cały seans. Christopher Drake zadbał o przyzwoitą muzykę, która w niektórych momentach jest iście pompatyczna, ale jak najbardziej w pozytywnym wymiarze. Nie znając komiksu, miłą niespodzianką była dla mnie rozległa rola Power Girl, ale i tak największą zaletą jest obsada Public Enemies – Clancy Brown, Xander Berkeley czy C. C. H. Pounder to osoby przeze mnie bardzo wysoko cenione, a Kevin Conroy i Tim Daly użyczali głosów Batmanowi i Supermanowi tak często, że są w tym fachu już niemalże perfekcyjni.

Czasem tak jest, że ocenę dla filmu ma się w głowie od razu po zakończeniu seansu, ale zdarza się też tak, że trzeba się odrobinę czasu nad nią zastanowić. Tak też było w przypadku Public Enemies – od strony fabularnej produkcja ta mocno kuleje, ale mamy też fantastyczną realizację od strony technicznej i zwłaszcza w przypadku filmu animowanego nie można tego lekceważyć. Plusy i minusy trochę się równoważą, ale jednak po takim tytule oczekiwałem odrobinę więcej.






Rządło









