Tytuł: The LosersProdukcja: USA, 2010 r.
Reżyser: Sylvain White
W głównych rolach: Jeffrey Dean Morgan, Zoe Saldana, Chris Evans
Amerykański Box Office wskazywał na to, że The Losers to film słaby. Na szczęście wynik finansowy jest jednym z mniej znaczących wyznaczników poziomu danego filmu. Bo The Losers jest produkcją dostarczającą rozrywki i może się podobać. Ale też nie ma powodów by zachwycać się tą adaptacją komiksu Andy’ego Diggle’a i Jocka.
The Losers nie bez powodu porównywane jest do A-Team, chociaż biorąc pod uwagę kinową wersję Drużyny A, to stosowanie pojęcia Drużyna B względem The Losers nie jest już takie oczywiste. W obrazie Sylvaina White’a mamy do czynienia z dobrze zarysowanymi i wyrazistymi postaciami, a także scenariuszem lepszym niż w wielu blockbusterach zarabiających grube miliony. Jednak już od początku filmu dają się we znaki dwie poważne wady – pierwsza to reżyser, który momentami nie wiedział chyba jaki film tak naprawdę chce nakręcić, a druga wiąże się z syndromem Die Hard 4.0 i PG-13. Film w którym ginie pokaźna liczba osób powinien przedstawiać choćby drobną ilość krwi i gęstszy klimat – w końcu The Losers to akcja i sensacja, a nie przedszkolna sielanka.
Fabuła prosta jak budowa cepu – pięciu żołnierzy, nazywający sami siebie The Losers, zostaje zwabionych w pułapkę, która miała doprowadzić do ich śmierci. Przez przypadek udaje im się ujść z życiem i w związku z tym postanawiają się zemścić, w czym pomaga im tajemnicza Aisha.
Problemem filmu jest też to, że mimo iż polubiłem Jensena, Poocha, Roque’a i spółkę, to jednak nie bardzo interesowało mnie to czy zabiją oni swojego wroga, czy też nie. Zwykle ważne jest zakończenie, natomiast tutaj bardziej mnie interesowała sama akcja i jej przebieg. Wynik końcowy miał drugorzędne znaczenie, ważne że były fajne wybuchy i trochę mniej fajne strzelaniny, a także sami The Losers. Wymieniłem wcześniej trzech bohaterów, bo ci najbardziej przypadli mi do gustu, chociaż ich najlepsze momenty i tak możemy podziwiać w zwiastunach. Nie znaczy to jednak, iż inni wypadli słabo, po prostu tak już jest – Jeffrey Dean Morgan jako lider w osobie Claya zaprezentował za mało charyzmy i momentami trudno było uwierzyć w to, że pozostali The Losers mieliby pójść za nim w ogień. Cougar natomiast jako bardzo cichy typ nie miał zbyt wielu okazji do wykazania się, a bezbłędne operowanie snajperką to trochę za mało. Pozostaje jeszcze Aisha i muszę przyznać, że Zoe Saldana ostatnio prezentuje się bardzo dobrej formie. Także tutaj.
Czas przejść do tych złych. Jason Patric jako Max jest fajniutki, ale tylko do momentu, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek mający władzę i środki do tego by mieć pewną kontrolę w amerykańskiej armii, nie ma odpowiedniej obstawy – Aisha opowiada bohaterom o tym, że ma on taką ochronę, że po prostu nie sposób go dorwać. Tymczasem, gdy dochodzi do finałowego starcia ma on do dyspozycji co najwyżej kilkanaście ochroniarzy. Cieniutko. Jest to też postać przerysowana, co byłoby dobre w przypadku komedii, a nie sensacji. Naturalniej wypadła jego prawa ręka – Wade, który jednak zginął w bezsensowny sposób.
Jak to w tego typu filmach bywa – nie brakowało głupot w stylu postrzelenia Jensena, który po kilkunastu chwilach biegał i skakał jak nowo narodzony (chociaż w finałowej sekwencji z postrzeleniem wiąże się jeszcze większy babol), ale można na to przymknąć oko, bo najważniejsze jest to, że film jest w miarę krótki i wypełniony akcją, dzięki czemu przynajmniej ja się nie nudziłem. Typowy film do obejrzenia i zapomnienia.






Rządło












Dla mnie film to nudy na pudy, od cholery zbędnych scen, bohaterowie wycięci z kartonu. Tylko słodka Zoe jest w miarę przyjemna – a tak poza tym ,szkoda czasu i kasy.