Kiedy X-X przegrywa z X-Y

I’m the Juggernaut, Bitch!”. Zdanie to przez wielu uważane za najgorsze spośród wszystkich dialogów pochodzących z X-Menowej trylogii, w rzeczywistości jest tylko zdaniem najgorzej brzmiącym. Słowa Juggernauta , choć tępego w swojej filmowej istocie, wypowiedziane do Kitty Pride, są idealnym odzwierciedleniem losu jaki spotkał bohaterki spod znaku X filmów.

Storm, Jean Grey, Rogue, Mystique, Lady Deathstrike, Kitty Pride – łączy te bohaterki jedna rzecz. Wszystkie zostały wykorzystane i wszystkie ulegają na ekranie swoim męskim odpowiednikom. Los każdej mutantki wydaje się zależeć od widzimisię męskiej płci. Żadna z nich nie jest wystarczająco silna by przeciwstawić się swojemu losowi. Zadziwiające jest tylko to, jak łatwo godzą się one na swoją sytuację. Oczywiście nie jest tak, że żadna z nich nie próbuje zmienić swojego życia, że żadna z nich nie potrafi uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie, odgryzając się np. za zdradę…

I tak już od pierwszego filmu Bryana Singera widzimy jak przedmiotowo traktuje się X-Menki. Najlepszym przykładem na to jest Rogue. Marie, mutantka potrafiąca wchłaniać energię drugiej istoty poprzez dotyk, jest osią napędową pierwszej części filmu X-Men. Wydaje się, że to zaszczytna rola, iż superbohaterki przejmują film w swoje ręce, wszak partnerują jej jeszcze trzy superkobiety. Nic bardziej mylnego. Rogue jest tylko pionkiem w całej grze, opakowaniem, z którego trzeba wyssać środek. Potem opakowanie się wyrzuca. Tak właśnie stało się z „Rudą”. Magneto potrzebował „biednej” Marie tylko dla jej mocy. Wykorzystał jej potencjał, a potem porzucił – wyrzucił. I mimo że jego poczynania zostały udaremnione, rysa w psychice Rogue została. Musiała ona stawić czoła swojemu oprawcy w kolejnej przygodzie, kiedy spotkała się z nim w Blackbird. Niestety wspólna misja nie pozwoliła jej na pomszczenie swojej niedoli. Za to została wyśmiana jej nowa fryzura. Niby nic takiego, jeden z wielu elementów łączących oba filmy. Ale czy na pewno? Magneto czyniąc uszczypliwości Rogue w momencie, w którym stali się niby-sojusznikami, pokazał, że Rogue jest nic nieznaczącą bohaterką, a gdzie tu dopiero super. Również sama zainteresowana pokazała swoją słabość. Jej próba użycia siły na swoim oprawcy, zamiast np. ciętej riposty, przerodziła się w zwykły brak opanowania i coś w stylu „jakby chciała, a nie mogła”.

Być może pech Marie polegał na tym, że przyszło jej spotkać właśnie Magneta. Jak pokazała przyszłość, Mistrz Magnetyzmu ma nie tyle negatywny, co dość ambiwalentny stosunek do kobiet. Przekonała się o tym Mystique, która nieraz narażała swoje życie by uwolnić z tarapatów swojego szefa. Kiedy przyszło jej niejako poświęcić życie za swego Mistrza, ratując go przed zgubnym działaniem Remedium własnym ciałem, ten zostawił ją na pastwę „ludzkości” nagą i bezbronną, jak „tanią dziwkę”. Gdzieś tam w oczach Erica Lehnsherra przez ułamek sekundy można zaobserwować współczucie. A może to tylko żal ze straty dobrej służącej? To właśnie Mystique jako pierwsza mutantka, a nie mutant, oficjalnie na naszych oczach została pozbawiona swoich mocy. Została „wykorzystana” przez filmowców.

Nie tylko Mistyczkę wykorzystali filmowcy. Zaraz po niej przyszedł czas na ikonę „poświęcenia” świata mutantów – Jean Grey. W filmie X-Men: Ostatni Bastion stwierdzono chyba, że taka postać jak Jean – Phoenix nie ma potencjału. Zatem sprowadzono jej rolę do „niebezpiecznej ozdoby”. Gdzieś po ekranie przebłyskiwała nic nie mówiąca ruda czupryna, tylko po to by w ostatniej scenie mogła efektownie zginąć, poświęcić się za ludzkość. Chrystus z niej żaden, już bardziej zdesperowana matka dzieci zmierzających ku śmierci. Ale czy poświęcenie Jean Grey dało coś kobietom spod znaku filmów X? Nie dało nic. Otóż jak się okazało, bardziej poświęcił się Wolverine, który musiał zabić ukochaną by uratować ludzkie dusze. Tym samym stał się niczym Bóg, poświęcając to co mu było najbliższe. Po raz kolejny ostatnie zdanie należy do mężczyzn. A Jean Grey zostanie zapamiętana jako kobieta zabijająca swojego ukochanego – Scotta, jako kobieta zabijająca swojego mentora – Charlesa Xaviera, wreszcie jako kobieta próbująca zabić ludzkość. Jednak sprawa Jean jest dużo bardziej skomplikowana. W drugiej części to właśnie ona poświęca się by uratować pozostałych X-Men. A może to właśnie X-Men poświęcają ją? Mimo żalu i wielkiego smutku jaki wykazują X mężczyźni, to nic oni nie zrobili by uratować przyszłą Phoenix. Trzeba przyznać, że łatwa to była śmierć, a wśród uratowanych znalazły się tylko dwie kobiety – ofiara losu Rogue i pionek Jubilee. Nie ma też wątpliwości, że to właśnie kobieta musiała zostać poświęcona w scenariuszu, aby film mógł mieć bardziej dramatyczny wydźwięk. Dwie ostatnie sceny przedstawiają nam płaczącego Scotta i Logana. Jakie to wzruszające, nikt nie wywołuje takiego współczucia jak zalewający się łzami mężczyźni – twardziele. Ostatnia scena też należy do mężczyzny. Charles Xavier, po krótkim zamyśleniu, rozpoczyna wykład z uśmiechem na twarzy. Jego twarz zdaje się mówić „wszystko będzie dobrze”.

Przedmiotowe traktowanie spotkało również Lady Deathstrike. Ta ukochana komiksowego pierwowzoru Wolverine’a została sprowadzona do służącej Williama Strykera. Niestety jej ludzka natura została wyparta przez Adamantowe pazury, które służyły „jedynie” do walki z Rosomakiem. Nie dość, że służąca mężczyzny, to jeszcze została pokonana i zabita przez mężczyznę.

Nieco większą wolnością może poszczycić się Kitty Pride, która wywalczyła sobie miejsce w drużynie i stawiła czoła armii wściekłych mutantów Magneto. Wywalczyła to słowo może zbyt wielkie, po prostu wmówiła, że jest potrzebna, a że była taka, a nie inna sytuacja (każdy dobry mutant był potrzebny) udało jej się awansować. Mało tego, stoczyła ona nawet pojedynek z Juggernautem. Jeżeli można nazwać to pojedynkiem. W głównej mierze zadecydował tu spryt młodej adeptki szkoły dla uzdolnionej młodzieży Xaviera, a raczej głupota Władcy Murów. Nie zmienia to faktu, że niejako należy uznać Kitty Pride za kandydatkę do superbohaterki. W przeciwieństwie do Rogue, Kitty wygrała walkę z mężczyzną i potrafiła skutecznie odgryźć się na Juggerrnautcie za obelgę jaka ją spotkała podczas dziewiczego pojedynku.

Ostatnim Bastionem X-Menek jest Ororo Monroe aka Storm. W swojej karierze uprzykrzyła życie Sabretoothowi, pokonała Toada, przeciwstawiła się amerykańskim myśliwcom i jednej rakiecie, aby w krytycznym momencie dla populacji mutantów, objąć przywództwo nad drużyną X-Men. W dodatku jest czarnoskóra – takiej kariery z pewnością mógłby jej pozazdrościć niejeden superbohater. Niestety brakuje najpiękniejszej „Burzy” na świecie zadziorności. Przywództwo nad X-Men objęła tylko dlatego, że nie było nikogo kto mógłby to zrobić, a i tak z czasem głównodowodzącym został Wolverine. Storm nie stoczyła żadnego pojedynku o dowództwo z „dupkowatym” Cyclopsem, nawet nie wyrażała takich chęci. Strach przed odpowiedzialnością? Być może tak. Na pewno żadna z niej indywidualistka. Nie ma tez w niej za krzty buntu, który mógłby sprawić, że widz ją polubi. Na pierwszy ekran wyłania się nazwisko Halle Berry, tym samym potencjał tej postaci ginie i zostaje przesłonięty cukierkową urodą. Zamiast irokeza widz dostaje długie albo ścieniowane włosy… Nie do takich superbohaterek należy kino.

Chromosom X przegrywa z Chromosomem Y i to sromotnie. Jeżeli pójdzie tak dalej, może się okazać, że już niedługo w kinie będziemy oglądać „X ostatnia z kobiet”, bądź „X-X ostatnia z mutantek”, a tego chyba nikt nie chce, i to nie dlatego, że taki film nie byłby ciekawy. Może i byłby, gdyby ostatnia kobieta nie została w nim sprowadzona do roli macicy rozrodczej, a za sprawą swoich mutacyjnych zdolności byłby to pewnie proces bardziej urozmaicony. Kino potrzebuje silnych bohaterek, niestety trylogia X-Men nie dostarczyła nam takich.


  • Facebook
  • Blip
  • Gadu Gadu
  • Grono
  • Wykop.pl
  • Nasza Klasa
  • Twitter
  • My Space
  • Del.ici.ous